|
Z kart naszej historii...

Wspomnienia Józefa Dunajewskiego - Przewodniczącego
Komisji Rewizyjnej Rady Nadzorczej ŁSM
Budowanie bez własności
Na początku lat sześćdziesiątych powstawały jednocześnie dwa
budynki mieszkalne przy ul. Pięknej i Wiejskiej. Spółdzielnia
zaczęła się rozwijać, tzn. budować mieszkania, bo pierwszy budynek
przy ul. Długiej wykupiła od państwa.
W latach 1962-1968 - za prezesury Wacława Dzierzgowskiego
zbudowanych zostało 10 budynków mieszkalnych.
Kontrola jakości
Byłem wówczas członkiem rady nadzorczej, przewodniczącym komisji
budowlanej. Na czym polegała moja rola? Otóż chodziłem po budowach i
jak zauważyłem, że coś spaskudzili, to jeszcze bardziej psułem.
Np. zamontowane były uchwyty do umywalek, ale tak, że można
było je wyjąć. Wyciągałem je więc ze ściany i kładłem na posadzkę,
a potem zgłaszałem kierownikowi budowy potrzebę naprawy - "bo się
oberwało". Takimi sposobami wymuszałem poprawę jakości wykonawstwa.
Jakość budownictwa była w ogóle bardzo niska, więc z reguły nikt z
nadzoru budowlanego nie zwracał
na takie szczegóły uwagi. Ja i moi znajomi mieliśmy w tych budynkach
zamieszkać, wszyscy się znaliśmy, więc pilnowałem tych spraw jak
swoich.
A co to jest spółdzielnia mieszkaniowa?
Spółdzielnia liczyła wtedy nieco ponad 100 członków, bo
takich, którzy mieli jakieś pieniądze i chcieli zapisać się do
Spółdzielni było niewielu. Były to przecież czasy, gdy własność
prywatna przestawała istnieć. Wszystko co prywatne, a
spółdzielczość mieszkaniowa z tym się częściowo kojarzyła, było źle
widziane przez władze i tępione.
Dlatego ludzie nie wierzyli w jakąkolwiek własność - choćby minimalną. Wiele
osób starało się pozbyć przed czasem wszystkiego, co mogło im
przynieść kłopoty. Pracowałem wtedy w spółdzielczości pracy i wiem
jak to się odbywało. Zakłady prywatne likwidowano, rekwirowano maszyny,
nakładano dodatkowe podatki. Nawet maleńkie jednoosobowe kuźnie
włączano do spółdzielni pracy.
Doszło do tego, że właściciele tych małych firm sami zgłaszali
się do spółdzielczości, obawiając się utraty miejsca pracy i
narzędzi oraz braku materiałów do produkcji, które wtedy
rozdzielano.
To były trudne czasy dla spółdzielni mieszkaniowej. Ludzie na to
patrzyli niechętnie i ciężko było pozyskać nowych członków.
Ja potrzebowałem mieszkania, ale pieniędzy, które
musiałem wpłacić do Spółdzielni nie miałem. Pojechałem do swojej mamy -
kobiety światłej, wykształconej, która działała w organizacjach
podziemnych, przeżyła Oświęcim i mówię:
- Mamo pomóż
- A na co ?
- Do spółdzielni mieszkaniowej muszę się zapisać, bo nie mam
gdzie mieszkać (już się ożeniłem).
- A co to jest to spółdzielnia mieszkaniowa?
- No, będziemy budować bloki i tu będzie moje mieszkanie.
- A synku - jak to się spali to ty poznasz, która jest twoja
cegła?
Taki był stosunek do spółdzielczości; do mieszkania
spółdzielczego. Tym bardziej, że były tylko mieszkania lokatorskie.
Nawet statut nie przewidywał jakiejkolwiek formy własności. Nikt nie
miał mieszkania własnościowego.
Wpłacało się 15% planowanego kosztu budowy. Na małe mieszkanie
(dwa pokoje z kuchnią) trzeba było 20-25 tys. zł. To było około 20
pensji, a całkowity koszt takiego mieszkania wynosił 100-120 tys.
zł.
Mieszkania wtedy były dużo droższe, bo prawie wszystko wykonywano
ręcznie, niska była wydajność, a marnotrawstwo materiałów
ogromne.
Podczas budowy bloków przy ul.
Pięknej i Wiejskiej dużo cegieł, które pospadały z rusztowań leżało
w wykopach. Zasugerowałem więc kierownikowi budowy, by cegły
powybierać i zużyć do budowy, bo przyjdzie spychacz i wszystko
zasypie. Usłyszałem taką odpowiedź:
- Na materiały to ja mam rozrzut, a
na fundusz płac nie.
Rozwój mimo wszystko
Mimo negatywnego stosunku władz do własności prywatnej i
niechętnej postawy ludności wobec spółdzielczości, z biegiem lat
Spółdzielnia budowała coraz więcej. Złożyło się na to kilka
czynników. Kiedy w 1975 roku utworzono województwo łomżyńskie i
rozpoczęto budowę fabryk ogromnie wzrosło zapotrzebowanie na siłę
roboczą, której w mieście nie było.
Ludność napływowa potrzebowała mieszkań, a gospodarka komunalna
budowała śladowe ilości. Sprawnie funkcjonowała spółdzielnia
mieszkaniowa, więc pod nadzorem państwa przejęła cały ciężar
gwałtownie rosnącego popytu na mieszkania.
Samorządność Spółdzielni
Trzeba zaznaczyć, że pierwsze
budynki spółdzielni zasiedlili wybrańcy - ludzie wykształceni, bardziej światli,
zasobniejsi. Oni tworzyli zamkniętą społeczność. Wszyscy się znali,
szanowali i bardzo dbali o budynki. Niepotrzebne były żadne grafiki
i przydziały prac, a klatki schodowe zawsze były czyste, wymyte
i wysprzątane. Każdy by się wstydził,
gdyby w jego otoczeniu było coś nie tak. To się z
czasem zmieniało. Stopniowo wymierali lub wyprowadzali się pierwsi lokatorzy, a
na ich miejsca przychodziły rodziny - często powyciągane z suteryn - którym
przysługiwały mieszkania komunalne. Ci nowi wprowadzali swoje obyczaje. Ciężko było się
porozumieć, utrzymać ład i porządek. Poza tym władze państwowe i
partyjne decydowały o wyborze zarządu, a później rozdysponowywały
też większość mieszkań. Trudno więc było mówić o samorządności.
Teraz obserwuję proces zmiany świadomości ludzi i ich
mentalności w podejściu do Spółdzielni. Corocznie uczestniczę w
spotkaniach spółdzielców przed zebraniem przedstawicieli członków.
Mogę powiedzieć, że jeszcze 10 lat temu traktowano Spółdzielnię
jak instytucję państwową.
Przeważały postawy roszczeniowe. Nowe place zabaw, elewacje, chodniki z
kostki brukowej - to wszystko potrzebne, ale wszystko kosztuje.
Powoli członkowie zaczynają rozumieć, że sami stwarzają
możliwości poprawy warunków zamieszkiwania, wnosząc odpowiednie
opłaty.
Zdarzają się jeszcze przypadki obietnic bez pokrycia -
szczególnie w okresie wyborczym, ale ludzie nie dają już się
nabierać.
Uważam, że samorządność Spółdzielni umacnia się w ostatnich
latach. Sprzyjają temu zasady demokratycznego państwa prawa,
poszanowanie własności prywatnej, konstruktywny, partnerski układ
stosunków pomiędzy organami samorządowymi i członkami. Dobrze to
służy spółdzielczości mieszkaniowej.
|