|
MENU GŁÓWNE
STRONA GŁÓWNA
ZARZĄD ŁSM
RADA NADZORCZA
STATUT ŁSM
HISTORIA
OSIEDLA ŁSM
LOKALIZACJA
INNE
AKTUALNOŚCI
ADRESY TELEFONY
W PRZYPADKU AWARII
PORADNIK ŁSM
FOTOGALERIA
LINKI
INFORMACJE
LOKALE UŻYTKOWE
PRZETARGI
|
Z kart naszej historii...
Wspomnienia Izabeli Dzierzgowskiej - Kierowniczki
świetlicy w latach 1968-1983
Moja działalność społeczno-oświatowa
i
kulturalna
Na początku lat sześćdziesiątych zamieszkałam z rodziną w nowym
budynku Spółdzielni przy ul. Pięknej 1. Na podwórzu za blokiem
codziennie zbierała się spora gromadka młodszych i starszych dzieci.
Obserwowałam ich spontaniczne zabawy i małe awantury. Wtedy
zrodziła się we mnie myśl, by tymi dziećmi się zająć.
Spółdzielnia nie prowadziła wówczas działalności
oświatowo-kulturalnej. Nie było żadnej świetlicy. Zarząd Spółdzielni
pracował społecznie. Wyszłam do tych dzieci raz i drugi.
Zaprzyjaźniliśmy się szybko, bo to szczere, otwarte dusze, wspaniali
towarzysze zabawy i pracy. Trzeba tylko mieć do nich właściwe
podejście. Tak zaczęła się moja praca z tzw. grupą podwórkową,
którą dzieci nazwały "Jacek i Agatka". Drugą grupę podwórkową
prowadziła Aleksandra Grodzka z Pięknej 8. Spotykaliśmy się
prawie codziennie na świeżym powietrzu, organizując zabawy,
wycieczki, biwaki, kuligi. Garnęły się do nas różne talenty. Dzieci
o zdolnościach plastycznych, muzycznych, tanecznych, recytatorskich
spotykały się, dając początek późniejszym zespołom
zainteresowań.
Praca z dziećmi wciągała i pochłaniała dużo czasu.
Bardzo lubiłam zajmować się dziećmi - to było moje życie. Grupę
podwórkową prowadziłam społecznie od 1966 do 1968 roku. Pod
koniec 1968 roku Spółdzielnia wyszykowała świetlicę w budynku przy
ul. Wiejskiej i zatrudniono mnie na stanowisku kierowniczki
świetlicy. Jak wspomniałam, mieliśmy już
zalążki zespołów zainteresowań, zgrane grupy dzieci, sporo
doświadczenia i teraz upragniony lokal. Byliśmy szczęśliwi.
Świetlica była skromnie wyposażona. Trochę mebli, telewizor, gry
planszowe. Ale to było nasze królestwo. W świetlicy obowiązywał regulamin porządkowy, a
praca była zorganizowana zgodne z tygodniowym rozkładem zajęć. Z
nowymi wychowankami urządzałam pogadanki na temat dobrego
zachowania. Zapowiadałam, że niewłaściwe zachowanie zamknie im drogę
do świetlicy. A dla nich byłaby to najgorsza kara. W szkole
nauczyciel mógł ich postraszyć obniżeniem oceny, a ja czym? Tylko
wykluczeniem z grupy! Z utrzymaniem porządku,
posłuszeństwem nie miałam żadnego problemu.
Mieliśmy świetne zespoły
Stałe zajęcia w zespole żywego słowa (recytatorskim) prowadzone
były przez Anielę Rokicką. Warto było posłuchać pięknych,
przykuwających uwagę recytacji, którymi uświetnialiśmy akademię z
okazji święta Wojska Polskiego, czy Dnia Kobiet. Ja prowadziłam
koło plastyczne zwane "Sprawne ręce" oraz zespół muzyczno-taneczny
"Kurpiki". Stroje dla zespołu szyły bezpłatnie matki naszych
wychowanków Halina Janicka i Maria Konowałek. Mieliśmy też małą
orkiestrę, do której wszystkie instrumenty: gitary, akordeon,
perkusję przynieśli nasi muzycy. Wśród uzdolnionej manualnie
młodzieży szczególnie wyróżnili się Ryszard Janicki i Jolanta
Podbielska.
Zespół folklorystyczny "Kurpiki" znany był nie tylko
w Łomży. Występowaliśmy na uroczystościach okolicznościowych i w
konkursach amatorskich zespołów artystycznych organizowanych przez
Centralny Związek Spółdzielczości Budownictwa
Mieszkaniowego. Nasi młodzi artyści często otrzymywali nominację
do konkursu laureatów, zapraszani byli na finały do Warszawy,
zdobywali nagrody i wyróżnienia. Pierwszy scenariusz występów
napisała Halina Sypniewska - nauczycielka, która zawsze chętnie nam
pomagała. Później sama pisałam scenariusze i realizowałam programy
artystyczne. Niektóre przedstawienia przygotowywałam wspólnie z
Natalią Piotrowską.
To z miłości
Zdarzało się , że bardzo późno wracałam do domu, bo przygotowując
scenariusz bądź stroje na występ, zapominałam o bożym
świecie. Praca z dziećmi i młodzieżą mnie pasjonowała. Kochałam
je i one to czuły. Dla mnie gotowe były zrobić wszystko. Pamiętam,
jak dziś. Wczesną wiosną jechaliśmy na występy do Białegostoku z
przedstawieniem "Czas nam dziś świętować". Do jednej ze scen
potrzebne były kwiaty. Jedziemy, a ja głośno mówię: "szkoda, że
nie mamy żywych kwiatów, ale skąd my je o tej porze weźmiemy". Za
chwilę autobus zatrzymał się za laskiem przy zalanej częściowo łące,
na której rosły kaczeńce. Przybiegają do mnie chłopcy i mówią:
"Proszę pani, są kwiaty, my ich zaraz narwiemy". Ja w krzyk, że
zabraniam - bo się przemoczą i przeziębią, ale gdzie
tam.
Pozdejmowali buty, zagięli nogawki i do wody. Zaczyna się
przedstawienie. Dziewczęta splatają wianki z kwiatów trzymanych na
kolanach, śpiewając kurpiowską piosenkę ludową: - Jokem ja
ziła zionek zielony, - Psyjechał do mnie mój narzecony... -
Mamie sie kłonioł, - Z tato się zitoł, - O mnie się pytoł...
Wtenczas wbiegają do izby chłopcy, wołając: dziewcoki,
cośta takie smentne!? Muzykanty! "Staro babo" grać! Cas nam dziś
świentować! Panny wystraszone nagłym wtargnięciem młodzieńców
poderwały się na nogi i wysypały kaczeńce na scenę. Wyglądało to
pięknie, jakby złotem sypały. Widownia była
zachwycona. Wystąpiliśmy z tym programem w koncercie laureatów,
dostaliśmy nagrodę i zaproszenie do Warszawy. Ale nie pojechaliśmy,
bo zabrakło pieniędzy.
Czujne władze
Nawet na występy z dziećmi potrzebne było zezwolenie Powiatowego
Wydziału Kultury, który cenzurował każde publiczne wystąpienie. Z
czasem, jak już poznano nasze spektakle, nie musiałam każdorazowo
uzyskiwać pozwolenia. Otrzymałam specjalną legitymację, która
umożliwiała dawanie występów bez podpisu cenzora.
Finanse
Większość wydatków na naszą działalność ponosiła oczywiście
Spółdzielnia. Ale bez wydatnej pomocy Teresy Rogińskiej - dyrektora
Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Łomży, Wandy Krasulskiej - dyrektora
Państwowego Domu Dziecka w Łomży oraz rodziców nie odbyłoby się
wiele wycieczek, obozów, kuligów, półkolonii. Na potrzeby
świetlicy przeznaczyliśmy także wszystkie nagrody zdobywane przez
nasze zespoły na festiwalach i w konkursach.
Brak sił...
Moja działalność społeczno - wychowawcza skończyła się wkrótce po
przeniesieniu świetlicy z ul. Wiejskiej do budynku przy ul. Al.
Legionów 7c, tzw. ABC. Często byłam sama w budynku do późnych
godzin wieczornych. Zwyczajnie bałam się. A i moi wychowankowie
mieli daleko, więc przestawali przychodzić. Ja w innym środowisku, w
obcej atmosferze nie miałam już sił zaczynać wszystkiego od
początku.
Podziękowanie Dzieciom i młodzieży, rodzicom,
wszystkim wychowankom świetlicy przy ul. Wiejskiej i
współpracownikom dziękuję serdecznie za niewyczerpane źródło
pięknych wspomnień.
Izabela Dzierzgowska
|
Os. Konstytucji 3 Maja

Os. Górka Zawadzka

Os. Jantar

Os. Centrum

|